Blog > Komentarze do wpisu
Bronchoskopia
I już po. Generalnie nie taki diabeł straszny ;) Chociaż oplułam siebie, panią pielęgniarkę i być może samego docenta - jednak suma sumarum -do wytrzymania.

Obrazek badania z punktu widzenia pacjenta.

Wchodzę raniutko na oddział chirurgii klatki piersiowej. A raczej jego przedsionek. Są tu drzwi do pokoju lekarskiego, szklane na sam oddział i.. tam, gdzie mam trafić. Zaglądam w te trzecie i widzę panią pielęgniarkę, która wita się ze mną niezbyt wylewnie, ale grzecznie - i ma dość czujny, inteligentny wzrok (tym mnie ujmuje). Dowiaduję się, że docent się spóźni. Postanawiam jednak zrobić sobie "podłoże" na dobry początek ;) i puszczam następujący granat: "Chciałabym uprzejmie zapytać, jak państwo znieczulacie do bronchofiberoskopii. Miejscowo czy jest możliwa premedykacja?  Bo widzi pani, jak z każdą rodziną lekarską tak i z nami są kłopoty: na mnie i na mojego syna wszelkie środki znieczulające działają jak placebo. Dolargan podskórnie - placebo. Ketonal tabletki/dożylnie - placebo. Po drugim cesarskim cięciu postanowiono mi zostawić cewnik w przestrzeni zewnątrzoponowej jeszcze przez kilkanaście godzin po zabiegu, bo inaczej się nie dało.  A na ból stawów nie ma sensu podawać mi niesteroidowych leków przeciwzapalnych lub ketonalu: podaję sobie sama pyralginę domięśniowo, lub mama podaje mi ją dożylnie.  Dopiero wtedy jest jakikolwiek efekt". Pielęgniarka jest dalej spokojna i ze zrozumieniem kiwa głową, ale czuję, że myśli "ale mi się z rana trafił egzemplarz" ;)  Tłumaczy mi, że znieczulenie jest jedynie miejscowe, ból praktycznie żaden. Jedyny kłopot to opanowanie odruchu kaszlowego. Ok:)  - wierzę jej. I wierzę w siebie - nie spławiłaby mnie jedynie dla świętego spokoju po tym co ode mnie usłyszała.

Mam jeszcze chwilę czasu, rozglądam się i widzę plakat: "Stowarzyszenie ludzi wyleczonych z raka płuca" - ludziki z uniesionymi rękoma trzymają lekko duże płuca. Wygląda optymistycznie.  Za chwilę jednak myślę: "Jakim cudem radośnie trzymają oba płuca?  Jeśli są to ci wyleczeni to powinni trzymać tylko jedno (+ ewentualnie kawałek drugiego, ale na pewno nie całe dwa)".

Idę na spacer - a dokładnie w poszukiwaniu automatu z kawą. Miało być na czczo, ale oceniam, że skoro nie będzie premedykacji to "mam to gdzieś" i wypiję chociaż pół kubka napoju bogów;) Z oddziału chirurgii klatki piersiowej muszę zejść na parter i siłą rzeczy przejść przez onkologię. Przechodzę szklanymi drzwiami, na których przyklejony jest plakat: "ŚMIERĆ - CZY UMIESZ O NIEJ ROZMAWIAĆ?".  Wychodzę na chwilę na dwór i spoglądam na budynek z zewnątrz. I widzę obok siebie następujące dwa "drogowskazy" :

<--- KAPLICA    ONKOLOGIA --->  

Taaa.. wszystko na miejscu. Zakład pogrzebowy też jest tuż pod murami Akademii. I są nawet dwa miejsca parkingowe z napisem "tylko dla klientów" ;-)) 

Wracam na torakochirurgię. Widzę ludzi czekających na przyjęcie - wszyscy są milczący, nikt nie rozmawia z najbliższymi, którzy im towarzyszą. Zauważam docenta i wiem, że zaraz będzie moja kolej. Główkę wystawia pani pielęgniarka i mówi do mnie "proszę". Wchodzę. Samo pomieszczenie wygląda na pierwszy rzut oka jak gabinet dentystyczny - chyba ze względu na podobny fotel;) Siadam zaproszona na tenże fotel i jestem dokładnie instruowana: "Teraz podam znieczulenie. Najpierw psikniemy w gardełko. Czuć będzie smak miętowo-gorzki. A tu ligninka na wszelki wypadek". Nie lubię ceregieli więc bez słowa wystawiam gardło. No tak, gorzka mięta. Za chwilę czuję ślinotok i siarczyście spluwam na "ligninkę", która więcej już nie posłuży, bo można ją dosłownie wyrzymać. "Uczucie kluchy w gardle będzie świadczyło o tym, że jest pani odpowiednio znieczulona"-słyszę. Coś tam czuję w gardle, ale nazwałabym to raczej "kluseczką" więc robię głupi uśmiech na znak, że chyba nie wystarczy. Pani psika po raz drugi.  No taaak, teraz jest klucha! I to taka, że nie mogę śliny połknąć. Potem widzę strzykawkę z lignokainą - zawartość ląduje mi w jamie ustnej i pada prośba: "Proszę tym wypłukać gardło i się tym zakrztusić. A potem można połknąć". Płuczę, zakrztuszam się (hehe) ale połknąc ni w ząb - wypluwam wszystko, przy okazji opluwając otoczenie.

Wchodzi docent. Spokojny poważny wyraz oczu, twarz wzbudzająca zaufanie. Poza tym miły widok dla oczu 32-latki, nawet z kluchą w gardle; facet po prostu przystojny. Generalnie czuję się zupełnie spokojna (po raz pierwszy od wczoraj, od kiedy zastanawiałam się ciągle, jakiego charakteru zmiany może pokazać badanie). Docent bierzę w ręce coś w rodzaju czarnego, dość grubego kabla, którego końcówka mieni się wielokolorowymi światełkami. Pani pielęgniarka wkłada mi w usta "protezę", którą mam zagryźć - ma ona w środku otwór - tym otworem docent wkłada kabel. Pierwszy moment - wejście bronchofiberoskopu w jamę gardła - bezproblemowy. W momencie gdy bronchofberoskop dociera w pobliże tchawicy słyszę straszne rzężenie (dosłownie: jak konającego, któremu przestrzelono płuco) - o cholera, to ja wydaję takie dźwięki;) zaczynam się okropnie krztusić, nie mogę złapać powietrza, ale działa rada: "proszę oddychać nosem!". Bronchofiberoskopem wędruje też kolejna dawka lignokainy. Po brodzie spływa mi rzeka wydzieliny, ale odruch kaszlowy jest już opanowany - nie ma również (co chyba w tym badaniu najistotniejsze) uczucia duszenia. Nie - wentylacja jest zupełnie wystarczająca. Kilka razy męczy mnie jeszcze odruch wymiotny i znajduję na to w sposób własny opracowaną radę: przyciskam część bronchofiberoskopu w jamie ustnej językiem do lewego policzka - i odruch wymiotny znika!;) Sama penetracja drzewa oskrzelowego łączy się z ustaniem nieprzyjemnych objawów - prawie nic nie czuję, zapuszczam jedynie żurawia w ekran monitora, bo jestem bardzo ciekawa: widok jest doprawdy niesamowity. Kolorowy film z wnętrza mojej klatki piersiowej! Kamera zatrzymuje się w przekrwionym miejscu i słyszę jak docent mówi do pielęgniarki: "pobierzemy wycinek". Bierze w rękę dłuugi cienki drut i wsadza na moich oczach do końcówki "kabla", który trzyma w ręku. Rozumiem, że drut ten wędruje mi własnie do oskrzeli;) Nic nie czuję. W końcu "coś" - czuję jakieś nowe ciało obce, już w drzewie oskrzelowym, ale nie jest to ból, ani nie prowokuje mnie to do krztuszenia się - taki, powiedzmy, mały dyskomfort. Na monitorze widzę nagle drut;)) Dosięga on przekrwionego miejsca. Słyszę "proszę szczypce otworzyć". Za chwilę "proszę szczypce zamknąć" (zerkam w przeciwnym kierunku i widzę, że "obcęgami" operuje pani pielęgniarka. Czuję niemiłe uszczypnięcie. Czynność powtarza się kilkakrotnie, w tym najmniej miły okazuje się powrót bronchofiberoskopu do rozwidlenia tchawicy - tu już znowu zaczynam się krztusić. Lecą mi łzy i ślina. To jednak tylko moment. Badanie się kończy - zauważam, że docent zaczyna wyjmować "kabel" - wstrzymuję na tę chwilę oddech (co bardzo pomaga i "operacja" odbywa się bez żadnych przykrości).

Docent myje ręce i idzie do biurka. Pielęgniarka troskliwie "zaopiekowuje się" oplutą częścią mojej twarzy, nawet bluzki i spodni. Po czym mówi ciepło: "Teraz niech pani odpocznie i dojdzie do siebie".  A ja, jak sarenka;) zeskakuję z fotela i siadam z docentem przy biurku. Na odpoczynek będzie czas później.  Pytam: "Czy widział pan jakieś patologiczne zmiany?" Odpowiada: "Nie, wycinki pobrałem w ciemno".  Cieszę się w myślach...  Docent kontynuuje: "Jednak nie musi być makroskopowo patologicznych zmian w drzewie oskrzelowym, a wynik histopatologiczny może być dodatni - myślę tu głównie w pani przypadku o sarkoidozie". Kiwam głową, wiem niestety o tym.  "Jeśli badanie wycinków wyjdzie negatywnie, zrobimy mediastinoskopię".  No i moje marzenie o nie pocięciu klatki piersiowej pryska jak bańka mydlana - a wiedziałam przecież od początku, że mnie to czeka... Przecież to standard przy powiększonych węzłach śródpiersia.

Przez chwilę zastanawiam się: czy lepiej, żeby w badaniu histopatologicznym z wycinka z drzewa oskrzelowego wyszła sarkoidoza, czy nie? Cięcie mostka, cięciem mostka - ale.. kto wie, co jest w węzłach?  Czy lepiej mieć sarkoidozę czy nie wiadome coś o czym jeszcze nie wiem co to jest? Zostawiam sobie te przemyślenia na później, dziś za dużo wrażeń. Wyniki za 10 dni.

Co do samej bronchofiberoskopii - do przeżycia, zdecydowanie. Jest bardziej nieprzyjemna niż bolesna. I -co najważniejsze- jeśli ma na celu jedynie pobranie wycinków - to trwa naprawdę krótko.

Przez resztę dnia kaszlę gdy tylko zaczynam mówić. Trochę mnie boli, gdy połykam ślinę. Ale jem, piję, pokrzykuję na dzieciaki i psy;)  I w ogóle już nie pamiętam tej porannej "nieprzyjemności".  Myślę tylko o wynikach.

wtorek, 18 listopada 2008, in_situ
Komentarze
2008/11/20 12:19:22
Standard jest taki: link: www.pubmedcentral.nih.gov/articlerender.fcgi?artid=1437419 Z tą fibrobronchoskopią w znieczuleniu miejscowym to u was, widzę tak samo sobie poczynają jak z biopsja prostaty, którą w Polsce w zasadzie na żywca wykonują, a za oceanami od 20 lat nikt tego nie tknie inaczej jak w pełnej anestezji lub co najmniej głębokiej sedacji...
-
2008/11/20 15:40:51
Ja za to w standardzie wolałabym ślinociąg ;))
Co do premedykacji - po przemyśleniu sprawy i przejściu przez to badanie dochodzę do wniosku, że w takim przypadku jak mój chyba faktycznie nie jest potrzebna. Wizyta u dentysty jest znacznie gorsza ;)
A tak na poważnie: premedykacja uniemożliwiłaby bieżące podglądanie obrazu na monitorze - a było to przeżycie co najmniej fajne. Tak ciekawego "filmu przyrodniczego" ;) pt. "wędrówka wewnątrz własnego ciała" jeszcze nie widziałam. Nie mówię o badaniu endoskopowym osoby trzeciej - bo to zupełnie inna sprawa.
-
2008/12/02 23:43:17
czesc piwerwsza:

czytam te wszystkie posty i placzę przed monitorem...czy świadczy to o mojej słabości? moze braku nadziei lub dostatecznej wiary? nie wiem... a moze dlatego ryczę bo jestem młodą studentką, gówniarą, która czasem nie umie poradzić sobie ze smutkiem przeszywającym serce...
chcialabym opisac to wszystko co sprawiło, że w ogóle zajrzałam na forum, piszę to właśnie po notkami in_situ bo czytając - przyznaję, dość pobieżnie- tematologię nowotworową na szczególne uznanie zasługuje wlasnie ta osoba ( zahaczam myslami o propozycję pomocy Basi, której rozpoznano nieoperacyjnego raka płuc)
historia dotyczy najdrozszej osoby w moim zyciu -mojej mamy. nie bedę opisywac jak serdecznym człowiekiem jest moja mama, zawsze bezinteresownie pomocna, bardzo wrażliwa na ludzkie tragedie, nie chcę tez pisac o moich uczuciach, które są najmniej istotne w tym momencie a jednak to one wystukują literkę po literce na klawiaturze...chce, postaram się opisać historię choroby mojej mamy licząc moze na słowa otuchy...moze cenne rady....cokolwiek od tak kompetentnej osoby jak Pani (in_situ)

Akcja rozpoczyna sie w małej miejscowości, w której mieszkamy, oddalonej 40km od Chojnic (woj.pomorskie) i okolo 30 km od Bytowa.
Mama, lat 54, osoba pracująca całe życie na utrzymanie 5 osobowaj rodziny. Ma 3 dorosłe córki i męza z którym nie mieszka 6lat. nie chorowała na zadne ciezke choroby, zadnych operacji (organizm silny) jednak od ostatnich 2 lat "lapala" ciagle infekcje... zapalenie gardla, oskrzeli, itp. nigdy nie doleczone- nie potrafila sobie pozwolic na lezenie w łóżku- taki typ :)
pierwsze bardzo niepokojące dolegliwości rozpoczęły się mniej więcej w połowie wrzesnia...
objawy grypy, duszności, suchy kaszel, brak podwyższonej temperatury, podwyzszone tetno do 110u/min w spoczynku.
po konsultacji z lekarzem rodzinnym zlecono RTG klatki piersiowej plus szereg antybiotyków,
mama na zdjecie pojechala do Bytowa, tam powiedzieli ze opis do odebrania bedzie za tydzien... MASAKRA!!!!!
ogromny bład z naszej strony- zwlekalismy kilka dni czekając na nieszczęsny opis RTG, jednak nasilające dusznosci, nie pozwoliły dłuzej czekac i bez opisu ze samym zdjeciem udalismy sie powtornie do rodzinnego.
po obejrzeniu zdjęcia, lekarz przypuszcza płyn w jamie oplucnowej, kieruje do szpitala dnia 23-09-08'. mama wybrala szpital w chojnicach.
po tygodniowym pobycie w szpitalu, podczas którego wykonano punkcje jamy
opłucnowej i wydobyto 1600ml płynu ( badanie wykazalo brak kom. nowotworowych), zlecono jedynie badanie ginekologiczne, po którym mama została wypisana dnia 30-09-2008' ze stwierdzeniem calkowitej regresji- lekarze na pulmonologii stwierdzili, ze "tak czasem sie dzieje" pytani o przyczynę płynu... bez zlecenia jakiejkolwiek farmakoterapii do domu.
-
2008/12/02 23:47:56
czesc druga:

podczas pobytu w domu brak poprawy stanu zdrowia, wręcz nawroty duszności, wysoki puls, zaczerwienie na twarzy i dnia 16-10-2008' pojawiły sie powiększone węzły chłonne w postaci pierscienia wokól szyi na przodzie + obrzęk tego miejsca. po konsultacji z lekarzem rodzinnym kolejny pobyt w szpitalu od dnia 17-10-2008'. w trakcie pobytu wykonano punkcje j. opłucnowej, wydobyto 1000ml plynu,
szereg badań tj. BAC węzła chłonnego, kolonoskopię, TK klatki piersiowej, gastroskopię, EKG, bronchoskopię. w trakcie pobytu istniało wiele niesprawdzonych diagnoz, o których mama
była wciąż informowana ( mówiono o zapaleniu opłucnej, chłoniaku,
przerzutach z żołądka, raku jajnika) jednakże końcowa diagnoza brzmiala: rak
śródpiersia z przerzutami na węzły chłonne z towarzyszącym zespolem zyły głównej górnej. Bac wezla wykazala prawdopodobnie gruczolakoraka. Piszę prawdopodobnie bo tam nic nie było jasno stwierdzone, początkowe diagnozy były jedynie, na niekorzyść calej rodziny, głosnymi spekulacjami grona doktorów. Owe nie potwierdzone diagnozy spowodowaly całkowity mentlik w glowie mojej mamyzaproponowano chemioterapię
na którą mama się nie zgodziła, jej stan psychiczny był fatalny. Obrazona na lekarzy,twierdząc, że klamią i chcą ja usmiercic; na córki, ze w to uwierzyłyśmy mama zaczela wypierac istnienie chorobywypisala się na własne zyczenie do domu... uparciuch.
zacząl się jeszcze wiekszy horror, po bronchoskopii-tak podtrzymywala moja mama, (chociaż pewnie był to postęp choroby) jej głowa była opuchnieta, wielka jak balon, miala wytrzeszcz oczu, okropne trudnosci w polykaniu- do tego stopnia, ze spluwala slinę bo polkniecie jej powodowaloby ból i co najgorsza zakrztuszala się skoro miala problem ze sliną nie trudno sobie wyobrazic ze po prostu prawie nic nie jadla- czasem sama się zmuszala ale kosztowala ją to bardzo wiele wysilku i lez.
Nie dlugo była w domu tylko 6 dni i 6 nocy w trakcie których wciąż przy niej czuwalam. W tym czasie dusila się na tyle bardzo, ze musieliśmy jechac na pogotowie. Mama dostala korhydron i inne dozylne, poczula się błyskawicznie lepiej- na tyle dobrze aby wrócić do domu. Lekarz dyżurujący aż blagal moja mame żeby położyła się na oddzial, ale ona tak bardzo bala się chojnickiej pulmonologii jednk po 3 dniach w domu jej stan był na tyle zly- mnóstwo ropy w gradle i na krtani, powiekszony dwukrotnie jezyk, nadal urtrzymujace się problemy z polykaniem i duszności- ze musieliśmy udac się znowu na pogotowie- taki był cel mamy jednak lekarze namówili ją żeby została na odziale.
Znowu Chojnice, pulmonologia, znowu stres dla mamy, psychika wciąż zawodzila.
Konsultacja z onkologiem ( z ack z Gdańska), kolejna propozycja dot. Chemioterapii. Mama wciąż się wachala. Po tygodniu wszystko tak się przeciągało ze względu na święto 11 listopada zdecydowala się na chemiew Chojnicach.
-
2008/12/02 23:50:39
czesc trzecia-ostatnia:

Jestem studentką amg w Gdańsku, próbowałam ulokowac mame w Gdańskuale bezskutecznie, wszyscy odsylali mnie do Chojnic mówiąc ze to bez znaczenia gdzie. Ale wlasnie dla mojej mamy to mialo ogromne znaczenie. Ona nie dowierzala tej diagnozie i nadal nie dowierza chciala dodatkowych badan właściwie wcale jej się niedziwie, onkolog zapytany co to właściwie jest za rak odpowiedzial ze jest to gruczolakorak, z przerzutami na węzły chłonne, nieoperacyjny, w śródpiersiu ale pytany z jakiego narządu powiedział ze NAJPRAWDOPODOBNIEJ z prawego płuca, ale to nie ma mniejszego znaczenia skąd, po prostu trzeba szybko zaczac leczenie
Mama w koncu przystala na to ze względu na nasze prosby, mimo to nadal nie chce jej się Wierzyc ze jest chora, mimo tak ciezkich objawów.
Mama jest już w domu, przyszla po 3 dniach od pierwszej 6godzinnej chemii, po 7 dniach miala malutką tylko. Trzeba przyznac ze objawy złagodniały, nie ma problemu z polykaniem, jest co prawda slabiutka- sama nie może się dźwignąć z krzesla, ale nie puchnie już na twarzy, po konsultacji z onkologiem w ostatni piątek morfologia niczego sobie, troszke hematokryt i kreatynina obniżone. Kolejne drinki na 15. Grudnia
Mama chciałaby konkretnej diagnozy. Myśleliśmy o PETcieale nie mamy obecnie takiej gotówki, może konsultacja z innym specjalistą? Ale czy nas nie odeślą skoro mama jest już w trakcie leczenia? Myślałam o Bydgoszczy. Mama tez bardzo chce wizyty u bioenergoterapeuty jakiegokolwiek ( ja wierzę w moc placebo). Może homeopatia? W cos trzeba wierzyć Proszę o jakis komentarz
Iwona
-
2008/12/10 21:03:01
mionce
tak bardzo mi przykro, że dopiero dziś tu zajrzałam!...
Bardzo Cię proszę - podaj jakiś kontakt do siebie - mój mail: in_situ@gazeta.pl,
ściskam.
RAK DROBNOKOMÓRKOWY